Jest takie pytanie, na które przez lata nie umiałam odpowiedzieć: „No dobra, ale co lub jak to właściwie jest?”.
Pada zwykle od kogoś życzliwego. Od mamy, od przyjaciółki, od kolegi z pracy.
Ktoś naprawdę chce zrozumieć i naprawdę pyta, a Ty stoisz i nie masz słów.
Bo „jestem zmęczona” brzmi jak coś, co każdy zna.
„Boli mnie” nie oddaje nawet jednej trzeciej.
A „nie daję rady” lub "ledwo zipię" brzmi jak wymówka, chociaż nią nie jest.
Teoria łyżeczek jest odpowiedzią właśnie na to jedno pytanie. I dlatego przetrwała ponad dwadzieścia lat.
Wymyśliła ją Christine Miserandino, Amerykanka żyjąca z toczniem. Opisała tę scenę w 2003 roku w eseju „The Spoon Theory” na swojej stronie But You Don't Look Sick.
Siedziała z przyjaciółką w restauracji i usłyszała dokładnie to pytanie: jak to jest na co dzień. Zamiast odpowiadać, pozbierała łyżeczki ze stolików wokół, wcisnęła je przyjaciółce do rąk i powiedziała, że to cała jej energia na dzisiaj. Wszystko, co dzisiaj zrobi, kosztuje jedną albo więcej.
Potem zaczęła pytać. Co robisz rano? Wstajesz, to Twoja pierwsza łyżeczkę. Prysznic jest już kolejną. Ubieranie się, śniadanie, dojazd do pracy. Przyjaciółce została połowa, zanim w ogóle usiadła przy biurku.
W polskim internecie funkcjonuje to pod dwiema nazwami: teoria łyżeczek i teoria łyżek. To ta sama rzecz.
Cała siła tej metafory siedzi w jednym: pula łyżeczek jest skończona, nie da się jej odzyskac ani napełnić tego samego dnia.
Zdrowa osoba też się męczy, ale jej zasób odnawia się w nocy i w skali jednego dnia jest właściwie bez dna. Może pociągnąć. Może dołożyć jedną rzecz więcej i zapłacić za to gorszym wieczorem, albo kolejnym dniem w łóźku.
Kiedy żyjesz z chorobą przewlekłą, z chronicznym zmęczeniem albo wychodzisz z ciężkiego wypalenia zawodowego czy emocjonalnego, jest inaczej. Rano dostajesz określoną pulę, nie wiesz dokładnie jak dużą, i wiesz, że nie da się jej powiększyć wolą ani kawą. Kiedy wydasz wszystko, zostaje opcja pożyczenia z jutra. A to już jest najdroższy kredyt, jaki znam.
Stąd bierze się to, że zdanie „przecież wczoraj dałaś radę” tak boli. Bo wczoraj dałam. I właśnie dlatego dzisiaj nie daję zupełnie.
Bo nie prosisz nikogo o współczucie, tylko podajesz mu rachunek.
Zauważyłam to na sobie. Kiedy mówiłam, że jestem wykończona, znajomi kiwali głową i mówili „ja też”. Bez złej woli, po prostu podłączali moje słowa do własnego doświadczenia, bo innego nie mieli.
A kiedy powiedziałam: mam dziś dwanaście łyżeczek i samo wstanie oraz ubranie się kosztowało mnie cztery. Nasze spotkanie kosztuje mnie trzy. I znajomi milkli, i tylko niektórzy pytali, co mogą zrobić, jak mogą pomóc.
Emocję da się podważyć. Arytmetyki nie bardzo.
Więc jeśli masz w życiu jedną osobę, której chcesz to wytłumaczyć, po prostu wyślij jej ten tekst. Nie musisz nic dopisywać. Czasem lepiej, żeby przeczytała to od kogoś z zewnątrz, bo od Ciebie brzmi jak skarga, a nie jak informacja.
Wygląda na czepialstwo, ale nie jest. Metafora baterii „mam dziś dwadzieścia procent” brzmi nowocześniej i sprawdza się znacznie gorzej.
Bateria podpowiada, że wystarczy się podłączyć do prądu i będzie pełna, że regeneracja to kwestia czasu i gniazdka.
Łyżeczka jest przedmiotem. Można ją wziąć do ręki, odłożyć na stół, policzyć, dać ją komuś fizycznie. Kiedy leży ich przed Tobą pięć, widać gołym okiem, że pięć to naprawdę niewiele. Przy dwudziestu procentach człowiek wciąż potrafi się łudzić, że jakoś to będzie.
Jak policzyć swoje łyżeczki?
Nie musisz robić z tego systemu. Wystarczy jeden dzień.
1. Rano, zanim wstaniesz, oceń w skali od 1 do 12, ile masz dzisiaj. Nie zastanawiaj się długo, pierwsza liczba jest zwykle najuczciwsza.
2. Przejdź w głowie przez dzień i przypisz koszty. Prysznic, zakupy, telefon do kogoś trudnego, gotowanie, praca, wyjście z domu. Uwaga na to, co pomija większość osób: rozmowy, decyzje i konflikty kosztują tyle samo co wysiłek fizyczny, a często więcej.
3. Zobacz, czy to się spina. Zwykle nie i właśnie po to robi się to ćwiczenie.
4. Wykreśl jedną rzecz. Jedną, nie trzy. Tę, której koszt jest najwyższy, a znaczenie najmniejsze.
5. Wieczorem sprawdź, ile zostało. Jeśli zero albo minus, jutro startujesz z długiem.
Zrób tak przez trzy dni z rzędu, a zobaczysz swój wzór. U większości osób, z którymi pracuję, wychodzi jedno i to samo: łyżeczek nie brakuje na rzeczy ważne. Brakuje ich, bo połowa puli idzie na rzeczy, których nikt świadomie nie wybrał.
Najdroższe łyżeczki to te, których nie widać na liście.
Kiedy pierwszy raz robiłam to ćwiczenie, wyszło mi, że dzień się spina. Na papierze wszystko było w porządku. W rzeczywistości padałam o czternastej.
Zajęło mi trochę, zanim zrozumiałam, czego nie policzyłam.
Udawania, że jest dobrze. Każde „wszystko w porządku" powiedziane wbrew sobie coś kosztuje, całkiem dosłownie. Trzymanie twarzy przez godzinne spotkanie potrafi zabrać więcej niż zakupy.
Tłumaczenia się. Odmowa kosztuje jedną łyżeczkę. Odmowa z akapitem uzasadnienia, dyskusją i poczuciem winy ciągnącym się do wieczora kosztuje cztery. Nauczyłam się mówić, że nie dam rady, i nie rozwijać. Jedna z lepszych inwestycji w moim życiu.
Decyzji. Każdy wybór coś zabiera, nawet drobny. Dlatego w gorszy dzień nie wymyślam, co odwołać, tylko mam to spisane wcześniej, z dobrego dnia. Trzydzieści decyzji podjętych w kiepskim stanie to gwarantowany minus na jutro.
Jeśli Twoje rachunki też się nie zgadzają, zacznij od policzenia tych trzech.
Co ludzie robią z tą metaforą źle?
Czasem robi się z niej usprawiedliwienie. Teoria łyżeczek nie służy do tego, żeby nie robić rzeczy trudnych, tylko do tego, żeby wybierać, które robisz.
Czasem robi się z niej pomiar. Nie ma testu, który powie Ci, ile masz łyżeczek. To obraz, a nie narzędzie diagnostyczne. Kiedy złapiesz się na liczeniu do drugiego miejsca po przecinku, metafora zaczęła Cię zjadać.
I czasem robi się z niej prognozę. Jutro może być inaczej i zwykle jest. Dzień, w którym masz dwanaście, nie dowodzi, że wczorajsze trzy były wymyślone.
Jest jeszcze czwarta rzecz, o której mówi się rzadko: łyżeczki da się czasem odzyskać w ciągu dnia. Nie wszystkie i nie zawsze. Ale krótka przerwa zrobiona zanim padniesz oddaje więcej, niż zabiera. Pisałam o tym szerzej w tekście „Nie umiem odpoczywać".
Czego teoria łyżeczek nie załatwi?
Uczciwie: to jest metafora. Nie leczy, nie diagnozuje i nie mówi Ci, co Ci jest.
Jeśli Twoje zmęczenie jest nowe, narasta albo doszły do niego objawy, których nie rozumiesz, to rozmowa z lekarzem, nie z coachem i nie z internetem. Żaden obraz nie zastąpi diagnostyki.
Coaching, którym się zajmuję, też nie leczy, nie diagnozuje i nie zastępuje leczenia. Zaczyna się tam, gdzie kończy się gabinet.
Jest za to bardzo dobra w jednej rzeczy: daje Tobie i Twoim bliskim wspólny język na coś, co do tej pory było niewidzialne. A kiedy coś dostaje nazwę, przestaje wyglądać na Twoją wadę charakteru i zaczyna wyglądać na sytuację, którą da się rozplanować.
Co z tym zrobić dalej?
Jeśli ten tekst opisał coś, czego długo nie umiałaś nazwać, zrób z niego użytek. Wyślij go osobie, która pyta „no ale jak to właściwie jest". To najprostsza rozmowa, jaką możecie odbyć.
A jeśli chcesz, żebym raz na jakiś czas przysyłała Ci takie rzeczy: konkretne, do sprawdzenia na sobie, to zapisz się na mój newsletter. Na start dostajesz bezpłatny przewodnik ratunkowy: Plan awaryjny na dni, kiedy ciało mówi dość. Czyli co robić, kiedy łyżeczek nie ma wcale. Nie wysyłam często i nie wysyłam nic, czego sama bym nie przeczytała.
Zapisz się i odbierz Plan awaryjny
Źródło: Christine Miserandino, The Spoon Theory, butyoudontlooksick.com, 2003.
Mariana Tycka, coach zdrowia i bioenergoterapeutka. Pracuję z osobami żyjącymi z chorobą przewlekłą, bólem, chronicznym zmęczeniem i wypaleniem. Sama żyję z fibromialgią, w remisji i bez leków od października 2024. O tym, jak wygląda mój tydzień, pisze w tym tekście.
#teoria łyżeczek #jak odpoczywać żeby odpocząć? #zmęczenie i jak sobie radzić ze zmęczeniem? #nie mam siły na nic #jak policzyć swoje łyżeczki?
"To nie górę pokonujemy, ale samych siebie"
- Edmund Hillary
Zapisz się na newsletter i
otrzymaj bezpłatny
plan awaryjny