Budzik. Otwierasz oczy i zanim zdążysz o czymkolwiek pomyśleć, już wiesz, jaki będzie ten dzień. Ciało waży tonę, głowa jest jak po nieprzespanej nocy, chociaż noc była przespana. Osiem godzin, czasem dziewięć, bez różnicy.
Zmęczenie po przebudzeniu jest jedną z najbardziej wkurzających rzeczy, jakie znam, bo odbiera Ci jedyne narzędzie, które wszyscy dookoła uważają za skuteczne. „Wyśpij się” przestaje być radą i zaczyna brzmieć jak kpina.
Ten tekst jest o tym, skąd to może się brać, co realnie da się z tym zrobić i czego akurat tym nie załatwisz.
Brak energii rano, który trwa tygodniami i nie ustępuje po żadnej ilości snu, jest objawem, a objawy sprawdza się u lekarza.
Piszę to na początku, a nie w przypisie na końcu, bo to pierwszy krok i nie ma dla niego dobrego zamiennika. Za takim zmęczeniem może stać naprawdę wiele rzeczy, część łatwych do sprawdzenia, część wymagających dłuższej diagnostyki. Nie będę zgadywać, które są u Ciebie. Nie jestem lekarką i zgadywanie w tej sprawie robi więcej szkody niż pożytku.
Jeśli nie byłaś z tym u lekarza, idź i powiedz wprost: śpię, a się nie regeneruję. To zdanie jest konkretne i lekarze wiedzą, co z nim zrobić.
Jeśli byłaś i wiesz już, z czym żyjesz, reszta tego tekstu jest dla Ciebie.
Kiedy dostajesz diagnozę albo słyszysz, że wyniki są w porządku, łatwo wpaść w pułapkę: skoro nie ma czego leczyć, to znaczy, że nie ma czego zmieniać.
Sen nie jest jedyną zmienną w tym równaniu.
Jest jeszcze wieczór poprzedniego dnia. Poranek zaczyna się mniej więcej o dwudziestej pierwszej, bo to, w jakim stanie się kładziesz, decyduje o tym, w jakim wstajesz, nawet jeśli liczba godzin się zgadza.
Jest tempo całego wczorajszego dnia. Jeśli wczoraj ciągnęłaś do końca sił, dzisiejszy poranek jest ratą kredytu. Nie da się jej przespać, da się jej nie zaciągać.
Jest sposób, w jaki wstajesz. Brzmi absurdalnie drobno, wiem. Za chwilę o tym napiszę.
I jest pierwsze dziesięć minut, w których u wielu osób poranna energia nie tyle znika, co zostaje wydana, zanim dzień się w ogóle zacznie.
Na żadną z tych rzeczy nie potrzebujesz zgody, recepty ani lepszego samopoczucia.
Najprostsza rzecz z całego tekstu i u większości osób jedyna, po której coś widać w pierwszym tygodniu.
Zanim otworzysz oczy, policz trzy oddechy. Nie pogłębiaj ich, nie rób żadnej techniki, po prostu policz.
Porusz palcami stóp i dłoni. Najmniejszy możliwy ruch, chodzi o sygnał, nie o rozgrzewkę.
Nazwij, co jest. „Dziś ciężko” wystarczy. Bez oceniania, bez planowania dnia, bez liczenia strat.
Przewróć się na bok i chwilę tam zostań. Wstawanie prosto z pleców kosztuje najwięcej.
Usiądź, odczekaj do dziesięciu i dopiero potem postaw stopy na podłodze.
To nie jest rozpieszczanie się, tylko jedyna wersja poranka, która nie zabiera Ci połowy dnia już na pierwszej minucie.
Żaden z tych kroków nie jest terapią i nie zastąpi tego, co ustaliłaś ze swoim lekarzem. Chodzi po prostu o to, żeby nie zaczynać dnia od walki z własnym ciałem.
Telefon. Sprawdzasz go, zanim jeszcze usiądziesz, i w ciągu dwóch minut Twój układ nerwowy dostaje dwadzieścia bodźców, z których część domaga się reakcji. Odłóż go poza zasięg ręki na jedną noc i zobacz, co się stanie. Na jedną noc, nie na miesiąc.
Podsumowanie strat. „Znowu. Ile jeszcze. Nic dzisiaj nie zrobię." Ta myśl przychodzi zawsze w najgorszym momencie. O pracy z takimi myślami piszę szerzej przy okazji zasady 75%. Tu chcę Ci pokazać coś innego. Nie dla głowy, tylko dla ciała, bo to właśnie ciężar w ciele jest tym, co naprawdę czujesz o tej porze.
Połóż dłoń w miejscu, gdzie ten ciężar siedzi najmocniej. U większości osób to klatka piersiowa albo brzuch. Nie naciskaj i nie próbuj niczego rozluźnić na siłę. Po prostu przytrzymaj dłoń tam przez chwilę i sprawdź, czy potrafisz zrobić temu ciężarowi trochę miejsca, zamiast się z nim mocować.
To nie jest sztuczka na lepsze samopoczucie i nie obiecuję, że po tym poczujesz się lżej. Chodzi o coś węższego: żeby przestać walczyć na dwóch frontach naraz. Z ciężarem, który i tak tam jest, i z próbą jego natychmiastowego zdławienia. To druga rzecz zwykle kosztuje więcej niż pierwsza.
Planowanie całego dnia od razu. W najgorszym momencie doby układasz plan na kolejne czternaście godzin. Odłóż to o godzinę.
Jeśli masz zmienić jedną rzecz, zmień wieczór.
Trzy pytania na dzisiaj. Odpowiedz sobie uczciwie, nie ładnie.
O której realnie przestajesz coś robić? Nie kiedy gasisz światło, tylko kiedy przestaje się dziać cokolwiek, co wymaga od Ciebie reakcji.
Ile decyzji podejmujesz po dwudziestej? Rozmowy, maile, ustalenia rodzinne, to wszystko kosztuje i wszystko zostaje w ciele.
Czy Twój wieczór ma jakąkolwiek granicę, czy po prostu kończy się wtedy, kiedy padasz?
U mnie to była zmiana, która zrobiła najwięcej, i jednocześnie najtrudniejsza, bo wieczór był jedyną porą, kiedy miałam wrażenie, że coś jeszcze zdążę. Nie zdążyłam. Pożyczałam z poranka.
Zaczęłam od jednej rzeczy: wyznaczyłam godzinę, po której nie odpisuję na nic. Nie „staram się nie odpisywać”, tylko nie odpisuję. Pierwszy tydzień był nieprzyjemny, bo wyszło, że połowa moich wieczorów należała do cudzych spraw. Drugi wyglądał już inaczej.
Gdybyś miała wybrać z tego tekstu jedną zmianę, wybierz tę. Nie wymaga siły ani dobrego dnia, tylko jednej decyzji podjętej raz.
Bo to osobne obciążenie i mało kto o nim mówi.
„Musisz się wysypiać.” „Kładź się wcześniej.” „A próbowałaś magnezu?” Każde z tych zdań pada z dobrą intencją i każde zostawia Cię z poczuciem, że skoro tak proste rozwiązanie nie działa, to problem musi leżeć w Tobie.
Nie leży.
Przestałam się tłumaczyć i zaczęłam podawać konkret. Nie „jestem zmęczona”, bo to zdanie każdy podłącza do własnego doświadczenia i odpowiada „ja też”. Zamiast tego: przespałam osiem godzin i wstałam tak, jakbym nie spała wcale. Tego już nie da się skwitować „u mnie tak samo”, bo u większości ludzi tak samo nie jest.
A jeśli chcesz iść krok dalej i dać komuś obraz, który naprawdę tłumaczy taki dzień, najlepszy jaki znam to teoria łyżeczek. Wyślij, zamiast tłumaczyć. Wyjdzie taniej.
I jedno na koniec tej części: nie musisz nikogo przekonywać, żeby mieć prawo do odpuszczenia. Zgoda innych nie jest warunkiem.
Nie obiecuję Ci, że po tygodniu będziesz wstawać wypoczęta, bo ja nie wstaję. Mam poranki lepsze i gorsze, i nauczyłam się z tym pracować zamiast z tym walczyć.
To, co da się realnie osiągnąć, brzmi skromniej: żeby gorszy poranek nie zabierał automatycznie całego dnia. Żeby między „obudziłam się wykończona” a „ten dzień jest stracony” było kilka kroków, a nie zero. Niewiele, wiem.
Natomiast, kiedy to jedyna rzecz, na którą masz wpływ, okazuje się, że jest to całkiem sporo.
Jeśli zmęczenie jest nowe, nasila się albo doszły do niego objawy, których nie rozumiesz, koniecznie umów się do lekarza, zanim będzie za późno.
Jeśli od dłuższego czasu nie masz siły na nic, nic Cię nie cieszy, a myśl o kolejnym dniu jest nie do udźwignięcia, porozmawiaj z lekarzem albo psychoterapeutą. To nie jest kwestia poranka.
Coaching nie leczy, nie diagnozuje i nie zastępuje leczenia. Pracuję z tym, co dzieje się pomiędzy wizytami.
Mam bezpłatną rozmowę: dwadzieścia minut, bez zobowiązań i bez przygotowania. Nie musisz wiedzieć, co chcesz osiągnąć. Sprawdzamy tylko jedno, czy to, co robię, pasuje do tego, w czym jesteś. Czasem wychodzi, że nie, i wtedy powiem Ci to wprost.
Umów bezpłatną rozmowę 20 minut
Mariana Tycka, coach zdrowia i bioenergoterapeutka. Pracuję z osobami żyjącymi z chorobą przewlekłą, bólem, chronicznym zmęczeniem i wypaleniem. Sama żyję z fibromialgią, w remisji i bez leków od października 2024. Tu opisuje swój tydzień z fibromialgią, a tu piszę o odpoczynku, który naprawdę regeneruje.
#jak odpoczywać żeby odpocząć? #zmęczenie i jak sobie radzić ze zmęczeniem? #nie mam siły na nic #życie z fibromialgią
"To nie górę pokonujemy, ale samych siebie"
- Edmund Hillary
Zapisz się na newsletter i
otrzymaj bezpłatny
plan awaryjny